14 lutego 2010 zmarł w Warszawie w wieku 76 lat Jerzy Turek,
znakomity aktor teatralny i filmowy.
Ostatnie pożegnanie, to szczególna okazja do przypomnienia
najważniejszych wydarzeń z życia osoby, którą dziś żegnamy.
Jerzego TURKA od młodości pochłonęła pasja - TEATR i ona przetrwała do końca życia. Jeszcze na tydzień przed ostatnim atakiem choroby czmychnął jak sztubak, do Teatru Kwadrat, żeby uczestniczyć w nagraniu scen do sztuki, którą przygotowywano do premiery na wiosnę. Nie sposób tu wyliczyć w ilu spektaklach zagrał. Tu ważni są ludzie, których spotkał na swojej drodze - Władysław Hańcza, Ludwik Sempoliński, Kazimierz Opaliński, Stanisław Jasiukiewicz, Halina Mikołajska, Aleksander Bardini, Zygmunt Hubner. To od nich uczył się sztuki aktorstwa, miłości do sceny, rzetelności w zawodzie. W teatrze zadebiutował w 1958 w Opolu w "Lecie w Nohant" Jarosława Iwaszkiewicza. Dla kina odkrył GO Kazimierz Kutz powierzając, wtedy jeszcze studentowi Szkoły Teatralnej, rolę Franka Sochy w filmie "Krzyż Walecznych". Grywał w filmach dla młodzieży i komediach.
Bywał nauczycielem, milicjantem, żołnierzem, trenerem, ojcem, mężem i zawsze bawił. Ale w jego karierze były i role tragiczne - tak jak cieśla Weych w "Particie na instrument drewniany" w reżyserii Janusza Zaorskiego. Zagrał w ponad 150 filmach spotykając reżyserów takich jak: Jerzy Antczak, Stanisław Bareja, Tadeusz Chmielewski, Sylwester Chęciński, Jerzy Gruza, Stanisław Jędryka, Krzysztof Kieślowski, Kazimierz Kutz, Jan Łomnicki, Radosław Piwowarski, Andrzej Wajda, Janusz Zaorski, Roman Załuski. Kto raz zaprosił Jerzego Turka do pracy w teatrze czy filmie, ten zapraszał Go ponownie, bo w Nim była prawda i On umiał ją przekazać prostymi ale jakże sugestywnymi środkami. Dzięki jego spojrzeniu analizowaliśmy rzeczywistość o wiele ciekawiej, czasem wbrew otaczającej nas szarej rzeczywistości. Ostatnie 12 lat poświęcił "Złotopolskim" - zagrał w ponad 800 odcinkach i grałby jeszcze, gdyby Pan nie zaprosił Go do siebie. Był dla nas wzorem do naśladowania, zawsze punktualny, przygotowany, uśmiechnięty i oddany pracy.
Aktorzy mówią o sobie, że mogą zagrać epizod, byle w dobrym towarzystwie, co znaczy - z dobrym reżyserem i partnerem. A Jerzy z epizodów właśnie czynił perełki. Niezaprzeczalną miarą Jego talentu był udział w sztukach telewizyjnych w dobrym towarzystwie - Stanisław Tym, Olga Lipińska, Adam Hanuszkiewicz, Jerzy Dobrowolski, Gustaw Holoubek, Andrzej Łapicki, Edward Dziewoński, Andrzej Strzelecki. Ale to tylko nieliczni z którymi pracował.
Skoro to chwila refleksji zastanawiamy się, kim był Jerzy TUREK ? Odpowiedź - godnym człowiekiem, ojcem i mężem, dziadkiem, aktorem. Osoby postronne mogą zakładać logikę w takiej właśnie kolejności ale Jerzy nade wszystko kochał teatr. Potem swoją rodzinę. Kiedy urodziła się wnuczka poświęcił jej najwięcej miłości. Była JEGO największym skarbem, dla niej chciał przeżyć chociaż jeszcze jeden dzień dłużej. Jakże dumny był z jej zamiłowań plastycznych. Nie lubił uzewnętrzniać emocji, powściągliwy ale niezwykle czuły i wrażliwy na ludzką krzywdę. Jerzy nie kłamał a prawda na scenie i w filmie zjednywała mu ludzi - aktorów, ekipę i widzów. Kiedyś zaproszony był za festiwal filmów komediowych do Lubomierza. Podeszli do niego widzowie - biedni skromni ludzie, którzy stracili pracę i czekali na rady już wtedy JÓZEFA ze "Złotopolskich". I Jerzy Turek poradził co zrobić, żeby przeżyć kryzys, bo nigdy nie odmawiał ludziom pomocy. W młodości i w wieku dojrzałym zrodziły się przyjaźnie, które przetrwały do końca - Stanisław Jasiukiewicz, Jerzy Dobrowolski, WOJCIECH POKORA, Stanisław Tym, Paweł Wawrzecki, Marek Siudym, Andrzej Grabarczyk.
Na planie "Złotopolskich" Jerzy zaprzyjaźnił się z HENRYKIEM MACHALICĄ. Wprawdzie znali się od dawna ale sceny pisane dla nich zbliżyły ich bardziej. Oni na planie rozumieli się bez słów. Kiedy zdiagnozowano u niego śmiertelną chorobę JERZY nie roztkliwiał się nad sobą. Bagatelizował nawet swój stan umawiając się do pracy w filmie i pracując w teatrze. Wielokrotnie mówił członkom ekipy "Złotopolskich", że gdyby nie ukochana żona i syn to ten "prostokąt na cmentarzu" (Ks. Jan Twardowski) byłby Jego, od dawna. To JEGO najbliżsi walczyli o każdy dzień życia. Cierpiał, bo miał za mało czasu, żeby nacieszyć się spokojnym czasem emeryta. Tęsknił za wypoczynkiem nad polskim morzem we Władysławowie w gronie rodziny i przyjaciół, żeby bezkarnie czytać i łowić ryby i kochać przyrodę.
JERZY zdawał sobie sprawę, że odchodzi. I można by się od NIEGO uczyć pokory jak odejść po cichu, godnie. Przemijanie, śmierć to atrybuty naszego życia i przejście na tym do porządku osobom żyjącym rzadko się udaje. Ileż trzeba głębokiej wiary, żeby nauczyć nas - żyjących - tej mądrości. JERZY doświadczył spokoju i jest gotowy do innej próby. Jak napisał jeden z internautów - "Pan Turek będzie grał w niebiańskim teatrze". Może spotka się z HENRYKIEM MACHALICĄ, EUGENIUSZEM PRIWIEZIENCEWEM, LEONEM NIEMCZYKIEM... a my będziemy się za NIEGO modlić, żeby nie miał tremy.